Istnieją w historii momenty, które przerastają swoją epokę — chwile, w których człowiek staje się większy niż otaczająca go groza. Ostatnie tygodnie życia Danuty Siedzikówny „Inki" należą właśnie do takich momentów: są świadectwem siły ducha, która nie kapituluje nawet wtedy, gdy ciało i umysł są poddawane nieludzkim próbom.
Po aresztowaniu w czerwcu 1946 roku Inka trafiła do rąk śledczych Urzędu Bezpieczeństwa w Gdańsku. Metody stosowane przez UB — wzorowane bezpośrednio na technikach sowieckich — były metodami tortury: fizycznej, psychologicznej i emocjonalnej. Przesłuchania prowadzone były przez wiele godzin bez przerwy, w nocy, aby pozbawić więźnia snu i orientacji. Stosowano bicie, zmuszanie do przyjmowania bolesnych pozycji przez długi czas, zastraszanie bliskich. Śledczy wiedzieli, że Inka posiada informacje o strukturach 5. Brygady Wileńskiej i sieci łączności WiN — i chcieli te informacje wydobyć za wszelką cenę.
Zeznania współczesnych i dokumenty archiwalne, badane przez historyków IPN po 1989 roku, wskazują jednoznacznie, że Inka była poddana intensywnemu śledztwu z użyciem przymusu fizycznego. Pomimo tego — i jest to fakt, który wstrząsa każdym, kto zapoznaje się z tą historią — nie złamała się. Nie wydała towarzyszy broni. Nie wskazała tras, punktów kontaktowych ani miejsc ukrycia. Osiemnastoletnia dziewczyna wytrzymała to, co łamało doświadczonych, hartowanych żołnierzy. Wytrzymała nie dlatego, że była ponadludzka — ale dlatego, że miała coś, czego oprawcy nie rozumieli: głęboko ugruntowane poczucie powinności i honoru, które było silniejsze niż ból.
Proces Danuty Siedzikówny był sformalizowaną farsą sądową — jak niemal wszystkie procesy polityczne tamtej epoki. Wojskowy Sąd Rejonowy w Gdańsku rozpatrywał sprawę w trybie przyspieszonym, bez realnej możliwości obrony. Dowody były spreparowane lub wyrwane z kontekstu; zeznania uzyskane pod przymusem były przedstawiane jako dobrowolne; całość była inscenizowana tak, by wyrok śmierci — z góry zaplanowany — mógł zostać formalnie „uzasadniony". Obok Inki sądzony był jednocześnie Feliks Selmanowicz „Zagończyk" — starszy żołnierz podziemia, który mimo różnicy wieku stał się w ostatnich godzinach towarzyszem jej losu.
Wyrok śmierci przez rozstrzelanie zapadł 3 sierpnia 1946 roku. Danuta Siedzikówna miała osiemnaście lat i kilka tygodni. Starała się odwołać, prosząc o ułaskawienie — nie ze strachu, lecz bo prawo jej na to zezwalało i bo każda godzina życia była dla niej jeszcze jedną godziną. Prośba o ułaskawienie została odrzucona. Władze PRL — świadomie i celowo — zdecydowały się wykonać wyrok na osiemnastolatce.
Egzekucja odbyła się 28 sierpnia 1946 roku o świcie w gdańskim więzieniu przy ul. Kurkowej. To, co wydarzyło się w ostatnich chwilach przed rozstrzelaniem, należy do najbardziej poruszających kart polskiej historii najnowszej. Zachowane świadectwa — w tym relacje więziennego kapelana oraz pracowników więzienia, którzy odważyli się mówić po latach — przekazują słowa Inki, które stały się jej testamentem i symbolem całego pokolenia Żołnierzy Wyklętych.
Kiedy kapelan więzienny chciał ją pocieszyć i udzielić ostatnich sakramentów, Inka miała zachować spokój i godność niewyobrażalną jak na kogoś w obliczu nieuchronnej śmierci. Nie płakała. Nie błagała. Wypowiedziała słowa, które przeszły do historii — słowa proste, krótkie, a jednocześnie o ciężarze nie do zniesienia: „Niech żyje Polska! Niech żyje major Łupaszka!" Tuż przed egzekucją miała też powiedzieć coś, co uderza swoją czystością moralną i całkowitym odrzuceniem narracji katów: „Powiedźcie mojej babci, że zachowałam się jak trzeba."
Te ostatnie słowa — skierowane nie do potomności, nie do historii, lecz do babci — są chyba najtragiczniejszym i najpiękniejszym świadectwem tego, kim naprawdę była Inka. Nie myślała o sobie jako o bohaterce. Myślała o starszej kobiecie, która gdzieś czekała na wiadomość o wnuczce. I chciała, żeby ta wiadomość była dobra: że się nie złamała. Że zachowała się jak trzeba.
Feliks Selmanowicz „Zagończyk" zginął razem z nią. Oboje zostali rozstrzelani o świcie, w miejscu, które miało przez dziesięciolecia pozostać nieznane. Inka miała osiemnaście lat i 357 dni. Do swoich dziewiętnastych urodzin nie dożyła tygodnia.